Pro memoria
K.I. Gałczyński
W moich rozważaniach na temat oddziaływania ogrodu na nasze zdrowie, samopoczucie i życie nie może zabraknąć poniższego wpisu. W podtytule bloga jest przecież dopisek „Ogród a Zdrowie”. Opowieść będzie o dwojgu moich znajomych, którzy odeszli od nas w tym roku. Mając na uwadze dobro rodzin, świeże rany jakie są ich udziałem w związku ze śmiercią bliskich, zmieniłem zarówno imiona bohaterów jak i niektóre fakty.
Pamięci Ewy i Marka wpis ten zamieszczam
Czy zastanawialiście się czasami dlaczego odchodzą od nas krewni, znajomi, bliscy, nie dochodząc do kresu, nam ludziom przeznaczonej przez Stwórcę ziemskiej wędrówki.
Im przeznaczonej wędrówki…
Zwykle mamy czas na dorastanie, wejście w dorosłe życie, wychowanie dzieci i wreszcie doczekanie się wnuków. Tajemniczy krąg życia zamyka się lecz…lecz niekiedy zostaje przerwany przed czasem. Dla niektórych…przed czasem. Pamiętając o przedwcześnie zmarłych, ich przerwanym kole życia kilka słów o nich samych tu zamieszczę.
Marek
Marek, wtedy gdy go poznałem, był postawnym, dobrze zbudowanym mężczyzną w sile wieku. Dostał od natury to o czym wielu jedynie może marzyć. Silny nie poddający się chorobom organizm i wyprostowaną, umięśnioną sylwetkę. Bez żadnych siłowni, bez modnych wśród kulturystów i innych sportowców odżywek białkowych i sterydów.
- Nigdy w życiu nie chorowałem.
Mówi mi na sali oddziału onkologicznego.
Nawet przeziębienia czasami trapiące każdego z nas, kończyły się u Marka szybko, po 1-2 dniach, a najczęściej w ogóle nie chorował, choćby wokół niego ludzie się pokładali.
- Od małego miałem dobry apetyt. W wieku 15-16 lat widziano we mnie dorosłego faceta, dawano mi 20 parę lat.
Marek szybko, w wieku 18 lat żeni się, a po 40-ce doczekuje się wnuka. Niemal całe życie przepracował na budowach. Jako że był w zawodzie solidnym i pojętnym pracownikiem, szybko awansował na stanowisko mistrza, nadzorując pracę ekipy budowlańców.
- Praca była ciężka , zdarzało się, że roboty wykonywaliśmy na ścianach wieżowców przy 20-stopniowym mrozie. Byłem silny, odporny, po tygodniu harówki z radością jechałem na weekend do domu. Stamtąd na działkę i koniecznie na grilla. Tego mi zawsze brakowało. Dobre jedzenie, mięso i kiełbasę z grilla, smaczne wędzonki, a na obiad koniecznie „polski schabowy”.
- H. Na budowach, daleko od domu to pewnie mieliście tylko jedzenie stołówkowe .
- Czasami tak, ale nie zawsze był czas, żeby gdzieś zjechać. Zwykle zajadało się kiełbasę z chlebem i coś ciepłego w postaci kilku torebek, szybkiej, chińskiej zupki. Przy moje stałej wadze 110 kg coś trzeba było jeść aby mieć siłę do pracy. Za to w te dwa dni w domu sobie odbijałem.
- Wnuka szybko miałem bo syn poszedł we mnie. W ostatnich 4 latach tylko na urlopy czekałem aby spędzić je z rodziną nad jeziorem.
Marek rozpowiadał się barwnie jak to razem z synem i małym wnuczkiem żeglowali po jeziorze. Jak na leśnej drodze, jadąc samochodem sadzał chłopca na kolanach, a ten łapał za kierownicę i prowadził samochód. Ileż było radości u tego dziecka. Ech, mówił, teraz gdy dorobiłem się i mógłbym spokojnie żyć to…ta choroba. Marek milknie na chwilę. Był on typem pracoholika, a jako, że zdrowie pozwalało, nie czuł stresów w pracy bo psychikę miał mocną to wytężał siły aby już przed 60-tką odpocząć, zająć się rodziną. Nie było mu to dane.
Z rozmów telefonicznych, które Marek prowadził z żoną, siostrą, matką, będąc w szpitalu „przykuty” do stojaka z „chemią”, przebijała miłość, wrażliwość na drugą osobę, o które to uczucia trudno byłoby posądzić tego silnego, w średnim wieku faceta.
- H. Jak to się zaczęło, kiedy dowiedziałeś się o chorobie?
Marka nie trzeba było długo namawiać do zwierzeń Był otwarty, sam chętnie i długo ze szczegółami opowiadał o sobie, swojej rodzinie i życiu w ogóle. Znałem go wcześniej ze wspólnej pracy. Był kilka lat wcześniej ochroniarzem w firmie, w której pracowałem. U nas zabawił krótko. Sam niejako „wystawił” się do zwolnienia gdy doszło u nich do redukcji etatów. Koledzy mieli trudniejszą sytuację osobistą, finansową, a on nie obawiał się bezrobocia. Na stanowisku swoim zwykle trzymał się sam, nie był rozmowny, nie poszukiwał towarzystwa. Zawsze wyprostowany, pewny siebie, w kontaktach był to typ służbisty. Czuć było jego siłę, charakter, jego system wartości był spójny, niezłomny. Na sali nie poznaliśmy się pierwszego dnia po przyjściu. Obu nas zmieniła choroba. Przez te 2 dni gdy odbierał „chemię” opowiedział mi o sobie chyba wszystko.
- Przed rokiem z górą, z ciężkim bólem brzucha zawieziono mnie do szpitala.
Lekarze szybko rozpoznali – to trzustka. Ciężko przeżył rzuconą w jego stronę przez jednego z lekarzy uwagę:
- Za dużo było alkoholu, co?
Bo zgodnie z doświadczeniem medyków, z atakami trzustki najczęściej pojawiają się na oddziale nadmiernie pijący lub alkoholicy. Marek był rozgoryczony.
- Nigdy nie nadużywałem alkoholu. Jedynie w soboty do grilla, do dobrego jedzenia kilka puszek piwa wypijałem. Przy mojej wadze, dobrym zdrowiu nawet tego nie odczuwałem, a mocne alkohole jedynie przy rzadkich okazjach rodzinnych gdzie to wolałem z żoną potańczyć niż pić z innymi. Zresztą w poniedziałek musiałem być na stanowisku czy to na budowie w stolicy czy innym dużym mieście. Teraz wymagania są dużo większe niż to było przed 20 paru laty jak zaczynałem.
- H. Ale Marek, wiadomo przecież jak to jest z budowlańcami, oni za kołnierz nie wylewają. Czy twoi ludzie byli inni, nie było picia w pracy?
- Było, tak jak wszędzie. U mnie tez pito ale ja musiałem w razie czego, kogoś kto wypił, zastąpić przy pracy. Nie mogłem z innymi pić bo straciłbym robotę, a odpowiedzialny zawsze byłem. Wtedy w szpitalu jak mnie posądzono poczułem rozgoryczenie. Stałem się w chorobie rozgoryczony.
Powtarzał te słowa przez 2 dni jego kuracji w czerwcu, dość często. Przed rokiem wrócił do domu, po jak się okazało nieprawidłowej diagnozie ale kolejny atak po dłuższym czasie i już dokładne badania wykazały nowotwór trzustki. Od grudnia do czerwca Marek po operacji usunięcia wycinka trzustki, pojawiał się na onkologii na 2-3 dni biorąc kolejne coraz mniejsze dawki „chemii”. Widziałem jego siłę. Nie tylko fizycznie dobrze odbierał te toksyczne zabiegi. Jak mi mówił, jako jeden z nielicznych pacjentów nie reagował wymiotami, nie wypadały mu włosy, nie był osłabiony i wreszcie nie narzekał na brak apetytu co jest przy tej terapii powszechnym zjawiskiem. Nie mógł tylko jeść pewnych rzeczy, smażonych, wędzonych, tłustych, a więc tego co lubił najbardziej.
- Wiesz piwa to wcale mi nie brakuje. Po ciężkiej pracy w upale z przyjemnością wypijałem butelkę ale tego jedzenia to strasznie żałuję.
Gdy tego ciepłego czerwcowego dnia wychodził ze szpitala, prosto z oddziału jechał nad jezioro do swego małego wnuka. Siłę Marka dostrzegali zarówno współpacjenci jak i personel. Skąd się u niego brała siła, tak przecież przez lekarzy podkreślana dla dobrych rokowań w leczeniu nowotworów? Rozmawiając z nim godzinami, dowiedziałem się, że podstawowym fundamentem na którym oparł cale życie była rodzina. Zawsze był w dobrych, przyjaznych kontaktach z całą swoją familią. To stanowiło jego moc. Drugi nie mniej ważny filar to system wartości jaki wyznawał w stosunku do innych ludzi. Był to system spójny i niezachwiany. Marek był zdystansowany wobec wielu problemów tego świata, nie zajmowały go sprawy, na które nie miał wpływu. Swoje kłopoty potrafił rozwiązać bez wchodzenia w zatargi z innymi. Pogodnie przemierzał to życie ale…przyszło to rozgoryczenie.
I tak go zapamiętałem. W lipcu kończyła mu się ostatnia faza leczenia, a później należało ewentualnie oczekiwać po miesiącach, może latach, nawrotu choroby. Można ale widząc tego pełnego werwy człowieka, pomyśleć o najgorszym było trudno. Gdy po tygodniu wróciłem z mojego diagnostycznego pobytu na onkologii, w internecie przeczytałem, że wyleczalność raka trzustki jest taka jak 1:100. Jeden człowiek na stu przeżywa.
W październiku parę dni przed Świętem Zmarłych zajrzałem do swojej byłej firmy. Przy okazji pogawędki z pracownikami rzuciłem nazwisko Marka, mówiąc o jego ciężkiej chorobie i wspólnym z nim pobycie na jednej sali.
- Wiesz…, Marek zmarł kilka tygodni temu,
powiedziała mi jedna z koleżanek.
Nie mogłem w to uwierzyć. Pamiętałem siłę tego młodego jeszcze 48-letniego faceta. Słowa lekarzy wskazujące na niezbędną do wyleczenia, siłę psychiki pacjenta, wyglądały mi na nieporozumienie.
Ewa
Ewę poznałem przed dwoma laty na jednym z dużych forów internetowych. Specjalizowała się w kulinariach rozmaitych. W dziedzinie kuchennej doceniała szczególnie rolę przypraw ziołowych ułatwiających trawienie i przyswajanie pokarmów. Potrafiła bardzo dobrze gotować, a zwłaszcza przyrządzać potrawy w działkowej wędzarni. Miała Ewa jakby trzy pasje, miłości – rodzinę, kuchnię i ogród.
Przed rokiem wydała córkę za mąż. Cieszyła się bardzo z tego faktu, zamieściła zdjęcia ze ślubu. Na forach i swoim autorskim blogu rozmawiała o grillowaniu, sposobach wędzenia potraw, podawała przepisy. W tym ogrodowym wędzarnictwie się zresztą specjalizowała. Zapomniana wiedza ojców i dziadów odkrywana była na nowo dla dziesiątek, a może setek tysięcy osób w tym rewelacyjnym medium jakim jest dziś internet. Przecież szybko, bez problemu możemy pobrać wiedzę nam potrzebną, porozmawiać z żywym człowiekiem znawcą czy specjalistą z każdej niemal dziedziny. Opisem technologii obróbki mięs i wędlin Ewa dzieliła się ze wszystkimi chętnie i bez zbędnych ceregieli.
Po 1,5 roku sporadycznego ale regularnego, wirtualnego spotykania się na forum, w pażdzierniku zeszłego roku poznałem ją osobiście. Na zlocie ludzi interesujących się ziołami Ewa nie tylko zabierała głos w dyskusji i wygłosiła krótki referat na temat wartości przypraw w kuchni ale przede wszystkim zajmowała się wraz z koleżanką przygotowywaniem posiłków dla kilkunastu uczestników. Jej obecność właśnie w kuchni zapamiętałem przede wszystkim. Znacznie później w wiadomości mailowej jedna z forowiczek, która była z nią na kilkudniowym zlocie opowiadała jak pracowitą osobą jest ta Ewa. Pracoholiczka, tak jakby nieustannie ją coś popychało do pracy gdy inni w tym czasie biesiadowali. Cóż taki charakter miała ale z wypowiedzi koleżanki dowiedziałem się kilku szczegółów z jej życia osobistego. Ewa w wieku nastoletnim źle przeżyła problemy rodziców, późniejszy rozwód, założenie nowych rodzin itd. Zawzięła się wtedy w sobie, zamknęła. Później czy to w sporcie amatorskim czy w pracy lub domu rodzinnym, nie popuściła walcząc do upadłego, wyszukując zajęcia i poświęcając im multum czasu. Była bardzo ambitna. Czasami miałem wrażenie, że nazbyt. Przy tym jednak koleżeńska, miła i unikająca spięć z innymi ludźmi.
I nagle ta aktywna, w wielu dziedzinach życia próbująca swych sił kobieta, zaczyna rzadziej pisać na forum aż wreszcie jakoś tak przed świętami wielkanocnymi, nie widać jej wpisów. Takie forowe zwyczaje są niemal powszechne ale akurat do Ewy nie pasowało to, że urwała pisanie bez słowa wytłumaczenia. Wcześniej pisała do mnie na PW w sprawie syna kolegi, który zapadł na anemię. Podałem kilka ziół, wykaz produktów z zawartością żelaza lecz nie przypuszczałem, że jej skrytość obarczona jest tak ciężkim brzemieniem i że to ona ma problem, a nie syn kolegi. Znamienne bowiem dla rozwoju niektórych nowotworów są nieprawidłowe wyniki morfologii krwi. Jak po świętach się dowiedziałem Ewa zapadła na nowotwór żołądka. Po cichu, bez opowiadania o swoim poważnym, zdrowotnym problemie, Ewa wycofała się z życia publicznego. Na początku lata w rozmowie telefonicznej z jej krajanem z Poznania dowiedziałem się, że przebywa w tamtejszym hospicjum. Miesiąc później na stronie internetowej przypisanej do forum, którego kiedyś była uczestnikiem, pojawiła się informacja o jej śmierci.
Ogród a zdrowie
Dwie osoby, zupełnie sobie obce, a jednak pewne podobieństwa i prawidłowości zauważyłem w ich życiu. Czy podobny tryb życia jaki prowadzili, podobne charaktery skutkować mogły skłonnością do ujawniania się niektórych typów chorób nowotworów. Myślę, że każdy sam może własne wnioski wyciągnąć i sam określić jaki wpływ ma jako jednostka na zabezpieczenie się przed groźbą raka. Media obfitują w zalecenia jak żyć, czego unikać, a co koniecznie praktykować, jak się odżywiać itp. Już takie informacje mogą zapobiec wielu nieszczęściom o ile wcześnie rozpoznamy niebezpieczeństwa i spróbujemy je odsunąć. Z doniesień dowiadujemy się np. że wystąpieniu niektórych nowotworów układu pokarmowego sprzyja częste jedzenie nieprawidłowo grillowanych lub wędzonych produktów Czy ogród może być pośrednią przyczyną zagrożeń utraty zdrowia, a czasem i życia, to temat już do zupełnie innej rozmowy. Szanując pamięć tych co od nas odeszli jak i mając na uwadze ból ich bliskich, kilka refleksji już oderwanych od przykrych zdarzeń, kilka przemyśleń ogólnych jeszcze w tym miejscu przytoczę.
Człowiek jako całość
W ocenie życia i wyborze właściwego kierunku naszego bytu myślę, że pomóc nam mogą zasady propagowane już przed tysiącem lat przez św. Hildegardę z Bingen. Ta zakonnica i znamienita zielarka, jako pierwsza na szerszą skalę zwracała uwagę na potrzebę prowadzenia zrównoważonego trybu życia, stosowania codziennie odpowiedniej diety i właściwej higieny osobistej.
Cztery kroki jakie zalecała także i dziś w dobie szybkiego życia pomóc nam mogą w zachowaniu lub odzyskaniu zdrowia, zarówno tego fizycznego (choroby somatyczne) jak i psychicznego (nadmierne stresy, długotrwałe depresje).
- Discretio czyli zdrowy umiar to wg Hildegardy najważniejsza zasada. Szkodliwe i nie służące zdrowiu są wszelkie skrajności. Zarówno zbyt ciężka praca jak i lenistwo nie wyjdą nikomu na dobre.
- Viriditas czyli zieloną energia, którą możemy czerpać z przyrody. Kontemplacja przyrody, spacery, wsłuchiwanie się w szum drzew, podziwianie kwiatów, a także niezbędny codzienny ruch sprzyjają sile człowieka jako całości.
- Ratio czyli zdolność do samodzielnego myślenia i wypracowanie sobie kodeksu moralnego, zgodnie z którym mamy w poszanowaniu każdego człowieka i unikamy sprawiania mu krzywdy.
- Subtelność to zasada, uznawanej za jasnowidzącą Hieldegardy, stanowiąca, że każdy fragment przyrody ożywionej i nieożywionej zawiera w sobie pierwiastek boski i dlatego jest godny poszanowania.
Chrońmy życie
Wiedza, że wiele z tych średniowiecznych zasad propagowanych jest współcześnie przez ekologów i wyznawców permakultury , a zalecenia współczesnej dietetyki i higieny życia niemal się pokrywają z wiedzą Hildegardy z Bingen, jest dla nas jedną z nieodgadnionych tajemnic naszego istnienia. Czy to głęboka przenikliwość wykształconej zakonnicy cz też…czy też może istotny, przynoszący nam wiedzę jak żyć, kontakt z siłą stwórczą?













Chef Paul on 06 stycznia 2010 at 07:08 #
Witaj
… długo nie pisałeś.
.
“Ewę” znałem i bardzo ceniłem, z racji wykonywanego zawodu i podobnego spojrzenia na wiele spraw związanych z kulinariami, mieliśmy wiele ze sobą wspólnego, … walczyła z nowotworem, … przegrała … lecz w nas pozostaje … wspomieniem, swą pracą, kulinarnymi recepturami, …
Rok temu odszedł nagle (znany nie tylko w kulinarnym świecie), mój Przyjaciel Maciek … czyżby “gdzieś tam” potrzebni byli do przygotowań uczty znamienitej.
.
Z pozdrowieniami i życzeniami – jeszcze noworocznymi – pozostaję
Herbi on 07 stycznia 2010 at 16:01 #
Tak Pawełek, nie pisałem długo bo parę spraw mnie przytłoczyło. Ale pamięć o naszej wspólnej koleżance spowodowała, że przymusiłem się do pisania. Może w nowym roku będzie lepiej.
twojego przyjaciela Maćka Kuronia niestety nie znałem osobiście choć gdyby nie to jego nagłe odejście pojawiłby się na Pomorzu i razem z “Ewą” bylibyśmy tam razem.
Piszesz:
“czyżby “gdzieś tam” potrzebni byli do przygotowań uczty znamienitej”.
Mnie jest jednak trudno się pogodzić z myślą, że odchodzą ludzie w pełni sił, którzy tutaj wiele dobrego mogliby jeszcze zrobić.
Tam na górze wszystko jest możliwe i wszyscy mogą wszystko. Tak może tam jest…
DPS on 24 stycznia 2010 at 18:21 #
Witaj, Krzysiu – tak jakoś nam zniknąłeś, a teraz tak niewesoło piszesz…
Zawsze myślę, że jednak jest jakiś boski plan, są przyczyny, dla których wszystko się dzieje tak, a nie inaczej. Czasami bardzo trudno nam zrozumieć te wyroki, bardzo cierpimy z ich powodu. Ale Pan Bóg swoje wie…
My możemy jedynie prbowaćv jakoś sobie wszystko wytłumaczyć swoim małym rozumkiem. “Ewę” często wspominam, choć także nie miałam okazji poznać Jej osobiście – znałyśmy się tylko wirtualnie. Ale pamiętam Ją jako osobę, która była ogromnie życzliwa dla wszystkich ludzi i zawsze pierwsza służyła pomocą i ciepły wirtualny uśmiech przesyłała. Wierzę, że teraz jest Jej dobrze i że z żadnego powodu już nie cierpi.
Maila jakiegoś może byś napisał, opowiedział, co słychać?
Z przyjemnością bym z Tobą “porozmawiała”…
Pozdrawiam serdecznie i zdrówka życzę!!!
Herbi on 30 stycznia 2010 at 13:30 #
Witaj, Anetka. Przyznaję ci rację, reprymenda mi się należy

Niestety “przysypało” mnie. Nie tak dosłownie jak wszystkich śniegiem ale ograniczone mam ruchy jak ktoś lekko przysypany lawiną. Niby ma taki gość laptopa pod ręką ale możliwości poruszania ograniczone.
Po trudnym dla nas poprzednim roku gdy ciekawy pomysł w necie jakby nie wytrzymał próby czasu, nowy czas może przynieść, tak myślę, dobre rozwiązania.
Oczywiście Anetka porozmawiamy. Na tyle mnie znasz
Na razie pozdrawiam i dzięki za odwiedziny.